Iniesta mógłby nosić fortepian dla Pirlo

Piłkarskie mistrzostwa Europy przeszły do historii, wszystko już rozstrzygnięte. Hiszpania zgodnie z planem zdobyła kolejny tytuł, a Andres Iniesta został wybrany najlepszym piłkarzem turnieju. Wybór ten wciąż siedzi we mnie jak zadra... taka jak gra Polaków na Euro 2012.

Zdjęcie Andrea Pirlo i Andres Iniesta (fot. PAP)

Ekipa Vicente del Bosque to absolutny monolit, w którym każdy zawodnik jest przystosowany do wypełnienia swojej roli. W razie kontuzji, czy kartek ma swojego godnego następcę. Zabrakło Carlesa Puyola to Sergio Ramos był najlepszym środkowym obrońcą mistrzostw. Nie było Davida Villi to bramki strzelał Fernando Torres i cała reszta. Zabrakłoby Iniesty i... nie byłoby żadnego problemu. Pedro wskoczyłby w jego miejsce i hasał do woli po skrzydle z identycznym skutkiem.

Od kiedy La Roja zaczęła wygrywać wszystko po kolei mam wrażenie, że powiedzenie Ferenca Puskasa o tym, że w drużynie jedni są od tego, by grać na fortepianie, a inni, żeby ten fortepian nosić przestało mieć rację bytu. Tutaj każdy go nosi i każdy na nim przygrywa, ale robi to dla dobra drużyny, na ściśle wyznaczonych nutach. Zupełnie inaczej było z Włochami i dyrygentem Pirlo.

Kieszonkowy piłkarz Juventusu był całkowicie poza jakimkolwiek szablonem. To od jego dyspozycji, bądź jej braku zależał końcowy sukces Italii. Maestro z Turynu prowadził Squadra Azzurra do finału tak jak chciał. Było szybko, gdy nakazywał i wolno kiedy miał na to ochotę. Było czysto i pięknie, bez fałszowania i kiczu, do którego Włosi przez lata nas przyzwyczaili.

Ktoś powie, ale w finale zagrał słabo. Więc odpowiadam: zagrał słabo i efekt zobaczyliśmy. 0:4. Nie było komu go zmienić. Nie było na całym turnieju, kogoś kto mógłby go zastąpić. Bo był po prostu najlepszy.